Bieganie z cudzym pakietem – o co ta spina?

Według szeroko pojętego środowiska biegowego (w każdym razie na pewno reprezentowanego na jednej z grup dyskusyjnych) wzięcie udziału w imprezie biegowej korzystając z cudzego pakietu startowego to niewyobrażalna zbrodnia. Osobom, które się tego dopuszczają należałoby odebrać majątek oraz prawa publiczne, a dzieci zabrać do domu opieki. Nic nie jest w stanie zmyć tej hańby…

Przesadzam? Nie – wystarczy poczytać dyskusje, żeby padały najgorsze obelgi, włącznie z chęciami rękoczynów, pisane wydawałoby się przez kulturalnych ludzi (a w każdym razie pewnie za takich się uważają).

Czy serio warto się aż tak spinać?

Na początek disclaimer. Przedmiotem moich rozważań nie są biegi, na które trzeba uzyskać specjalne kwalifikacje czy minimum, tak jak np. Boston Maraton. Nie nadajesz się – nie biegniesz. Proste jak budowa cepa.
W tym roku trzech Chińczyków za machlojki właśnie przy okazji imprezy w Bostonie zostało słusznie ukaranych dożywotnią dyskwalifikacją (dwóch za sfałszowanie swoich życiówek, a jeden za pobiegnięcie właśnie z nieswoim numerem startowym). Nie chodzi mi także o jakieś wyczesane w kosmos ultrasy na pierdyliard kilometrów. Chodzi mi o zwykłe 5 czy 10 km, czy półmaraton – masowe imprezy, w których udział może wziąć każdy kto się zapisze i opłaci start.  

Życie ma to do siebie, że krzyżuje wiele planów – kontuzja, czy niespodziewany wyjazd może sprawić, że pakiet może się zmarnować. Czy nie lepiej aby komuś się przydał? To przecież dystanse w graniach normalnego rozbiegania treningowego.

Czy naprawdę komuś robi różnice, że osoba, która zajęła 3278. miejsce na maratonie im. Zenka Martyniuka w Pcimiu Dolnym z czasem 4:58:33 to tak naprawdę nie Jan Kowalski, ale ktoś kto na tydzień przed odkupił od niego pakiet z powodu kontuzji? Czy fakt, że za tysiąc lat badacze dokumentów mogą znaleźć niewłaściwie przypisany czas do niewłaściwego nazwiska zmieni interpretację historii świata?

„Nam jest wszystko jedno, sztuka to sztuka”

Taką zasadą z Krolla chyba słusznie kierują się organizatorzy, bo ani nie wyciągają specjalnych konsekwencji ani nie ścigają takich „nadużyć”. Spinają o to się głównie biegacze. Jakby było o co…

Moja (nieobowiązująca prawnie) wykładnia mówi, że numer startowy jest prawem do wystartowania, otrzymania medalu za ukończenie, uśrednionej ilości napoju i różnych innych benefitów. Jest jak bilet do kina, który upoważnia do obejrzenia filmu. Ważne by na jeden bilet weszła jedna osoba i jedna osoba zajęła miejsce na sali, a jej tożsamość nie jest najważniejsza. Z punktu widzenia organizatora nic się nie zmienia (pakiet jest opłacony) niezależnie od liczby roszad. Fajnie oczywiście, że np. na numerze, koszulce czy ściance wydrukowane jest imię zawodnika, ale nikt w ostatniej chwili raczej nie oczekiwałby takiej zmiany.

Część organizatorów wyłącza możliwość przepisania się, podczas gdy inne pozwalają na to niemalże do ostatniego dnia lub nawet tuż przed biegiem. Dlaczego? Bo tak…

Oczywiście przy prawdziwych masówkach trudno ryzykować, że do namiotu na pół godziny przed startem stawi się 150 osób… Ale prowadzenie dopłat za zmiany to jakieś rozwiązanie. Dzięki temu można zatrudnić osobę, której zadaniem będzie właśnie wklepywanie danych. Im większy bieg tym oczywiście większe wpływy za to (więc więcej ludzi mogłoby pełnić dyżur). Co więcej, można by wprowadzić także aktualizację po. Trzeba tylko chcieć.

A co z ryzykiem?

Jest tylko jeden argument, który mogę zrozumieć. Kwestie zdrowotne i ubezpieczeniowe. Jeśli ktoś zasłabnie na trasie – karetka oczywiście udzieli mu pomocy. Warto aby w takiej sytuacji jednak na numerze startowym miał właściwy numer do kontaktu aby uniknąć zamieszania (znowu przepisywanie do ostatniej chwili mogłoby działać).

Czy taka osoba traci prawo do ubezpieczenia? Tego nie wiem, ale nawet jeśli to robi to na własne ryzyko podobnie jak paląc dwie paczki dziennie, przebiegając na czerwonym świetle czy uprawiając seks z nieznajomym bez zabezpieczenia. Jeśli taka sytuacja rzeczywiście ma miejsce (chociaż raczej raczej organizatorzy nie rejestrują imiennie listy) wówczas należałoby  jasno to komunikować.

Tak naprawdę większość ludzi biegnie dla zabawy i własnej satysfakcji. Czas – nawet życiówka – jest bardziej do wiadomości, czy pochwalenia się w swoim gronie. Nigdy nie odwiedziłem listy z wynikami biegu więcej niż raz. A nawet jak na niej byłem to wszystko mi jedno jak bardzo dokładna jest lista. Jeśli ktoś mnie wyprzedził – widocznie jest lepszy i nieważne jak się nazywa. O ile ktoś nie chwali się nieswoim wynikiem (a chyba nikt tego nie robi) to spina jest niewarta.

  • Serio biegacze się o to rzucają?? Szok! Sama kiedyś odkupywałam last minute bieg wlasnie.

    • To – jak się okazuje – na niektórych grupach facebookowych lepiej się nie przyznawać 😉