• Home
  • /
  • film
  • /
  • Bohemian Rhapsody to nie film o Freddiem (recenzja)
_D5A8210.NEF

Bohemian Rhapsody to nie film o Freddiem (recenzja)

To jeden z filmów, na które czekałem od kiedy zobaczyłem zwiastun. Muzyka zespołu Queen zajmuje szczególne miejsce w moim życiu – zarówno od strony artystycznej jak i emocjonalnej. Dość powiedzieć, że po zobaczeniu w kinie koncertu na Wembley i „Love of my life” zachorowałem na 12-strunową gitarę. Instrument nabyłem, ale nie udało mi się nigdy zbliżyć do Briana Maya. Jako basista doceniam – często niezauważaną przez „cywili” – rolę Johna Decaona. Jest także Freddie… „Ten” Freddie. Niesamowita skala i barwa głosu, charyzma na scenie, którą można obdarować 3/4 światowej sceny muzycznej oraz jego osobowość. Trudna, artystyczna, a prywatnie niemalże niezaspokojona osobowość. Jak można spróbować to pokazać na wielkim ekranie?

Wiadomym było, że film wzbudzi wiele emocji i dyskusji. Gdy z projektu wycofał się Sacha Baron Cohen poszły pogłoski, że twórcom chodzi o laurkę i przystępny wizerunek artysty. Zwiastuny jednak robiły wrażenie. Jak wyszło w praktyce?

Życie prywatne Freddiego to tylko tło

Ze środowisk LGBT idzie wiele głosów niezadowolonych z tego jak został przedstawiony Mercury. W najskrajniejszych opiniach określa się film jako „homofobiczny”, co jest absurdem samym w sobie. Ci, którzy oczekiwali, że całość poświęcona będzie (s)ekscesom Freddiego rzeczywiście mogą czuć się zawiedzeni. Ale przecież nie o to chodziło, bo z samych orgii i imprez zespołu oraz wokalisty dałoby nakręcić sagę dłuższą niż „Władca Pierścieni”…

Fakt – w filmie pojawia się jednowymiarowa postać dobrego i złego geja. Ale obaj symbolizują coś więcej: czasy, kiedy coś Freddiego odciągnęło od Queen i czasy, kiedy powrócił. Mamy pocałunki z facetami, mamy obrazy w klubie gejowskim i wyraźne zaznaczenie, że Freddie miał czas kiedy oddał się hedonizmowi. Co wg niektórych może sugerować, że to krytyka homoseksualizmu, który może prowadzić na dno.

Absolutnie nie wynika to z tego filmu. Hedonizm hedonizmem, a homoseksualizm homoseksualizmem. Nie ma co zakłamywać rzeczywistości – Freddie był nienasycony. Nie wiąże się to z jego orientacją (która jest nadal bardzo różnie określana od „bi” po „geja”) ale z jego charakterem. Wszystko musiało być ogromne. Łącznie z imprezami gdzie karły nosiły kokainę na półpiętrach (wg dokumentu o zespole to lekko przejaskrawione, ale fakt że działo się, a alkoholu i koksu nie mogło zabraknąć) czy chociażby piosenką „Bohemian Rhapsody”. W jego wizji od początku był chór i opera. Nie słodka piosenka na fortepianie, którą zapomnielibyśmy po latach – ale pełne spektrum nastrojów, od ballady przez psychodelię aż po ostry – jak na tamte czasy – rock.

Freddie byl postacią niejednowymiarową. Robienie filmu o jego seksualności byłoby porywaniem się na jeszcze większe szaleństwo… Zwłaszcza ze poza dużo o tym nie wiemy – fakt, że był w związku z kobietą, której się oświadczył, fakt – rzeczywiście wiele wskazuje o jego homoseksualizmie (w końcu z facetami spędził końcówkę życia). Ale raz się określał jako biseksualnego, a raz otwarcie mówił o sobie, że jest gejem. Królestwo dla kogoś kto oddałby wszystkie odcienie szarości tego tematu.

O co zatem chodzi w Bohemian Rhapsody?

Film jest o zespole, o relacjach panujących pomiędzy całkowicie różniącymi się członkami ponadczasowej grupy. Od poukładanego Briana Maya, cichego Johna Deacona po wiecznie spóźnioną „królową” jaką był Freddie. To właśnie sprawiło, że Queen zaszło dużo dalej niż każdy z członków mógłby indywidualnie. Jest scena, w której Freddie podsumowuje swoją działalność poza zespołem mówiąc „wszyscy zrobili dokładnie to co chciałem i wyszło gówno”. Zabrakło sprzeciwu Maya, Deacona czy Taylora oraz kłótni pomiędzy nimi, by z czegoś co miało potencjał stworzyć arcydzieła.

Freddie był bogiem wokalnym. To fakt. Ale nie wszystkie ponadczasowe hity są jego autorstwa. Wkład Briana Maya w historię muzyki jest niezaprzeczalny (w końcu to jedno z najlepszych wioseł świata, zapraszane do koncertów G3). Dwie jego solówki są na liście najlepszych wszech czasów. John Deacon – siedział sobie w tle, ale był świetny w swojej robocie (kto nie kojarzy „Another one bite the dust”?). On był odpowiedzialny za elektroniczny skręt w twórczości. Wycofał się ze swojej działalności, ale „pobłogosławił” Queenom na nowej drodze, bo formalnie nadal jest członkiem zespołu. Roger Taylor również – chociaż w filmie wyśmiewa się jego kawałek „I’m in love with my car” stworzył „Radio Ga Ga” czy „It’s a kind of magic”. W filmie zaznacza się jego zamiłowanie do kobiet, ale sądzę że to byłby równie dobry materiał na film. Jednak – ponownie, nie chodziło o to ile kto zaliczył facetów, kobiet i wciągnął koksu.

Idea filmu „Bohemian Rhapsody” to fakt, że w przypadku Queen 1+1+1+1 = 10.

Najpierw May… Potem Freddie

Z oczywistych względów dyskutuje się o roli Ramiego Maleka. Ale tak na dobrą sprawę to Gwilym Lee zrobił coś wielkiego. Jego Brian May jest dosłowną kalką. Sposób mówienia, zachowanie się na scenie – gestykulacja, pozy, ruch, poruszanie się palcami po gryfie… Można go wrzucić w każdy teledysk czy koncert i nikt nie zauważy różnicy. Freddie – niestety, nie da się go oddać… Ale Malek wykonał kawał dobrej roboty, bardziej w scenach niemuzycznych. Niemniej widać bardzo dużą dokładność w odtwarzaniu ruchów koncertowych. Kilka było idealnych. Kilka przejaskrawionych. Ale broni się.

Szkoda, że jest ogromna dysproporcja pomiędzy pozostałą dwójką zespołu, która pozostaje w tle. Może to trochę rola basisty i perkusisty, ale o ile Deacon jest podobny z twarzy tak aktora grającego Taylora nie mogę wyczuć.

Niemniej film polecam każdemu – jako hołd oddany dobrej muzyce i wspaniałemu zespołowi.