• Home
  • /
  • Bez kategorii
  • /
  • Całą dobę na trasie – Spartan Ultra na Islandii to było przeżycie
Plik_000(7)

Całą dobę na trasie – Spartan Ultra na Islandii to było przeżycie

Mistrzostwa Świata Spartan Race Ultra na Islandii za mną. Ostateczny wynik – miejsce 30/284 kategorii Open (nie licząc Elity oraz Drużyn). To było niesamowite przeżycie. Ponad 23 godziny na trasie! Tysiące spalonych kalorii. Setki wykonanych kroków. Dziesiątki zrobionych burpees. Gdyby na początku roku ktoś mi powiedział, że podejmę się takiego wyzwania i je ukończę pewnie bym nie uwierzył. Oto moja relacja z szalonej wyprawy w Krainie Lodu i Ognia.

Ze względu na obowiązkową odprawę do Reykjaviku docieram w czwartek wieczorem. Piątek poświęcam na spacerowanie po centrum. Punktem obowiązkowym jest Hallgrímskirkja, czyli kościół przed którym stoi pomnik Leifura Erikssona –  wikinga, który rzekomo dopłynął do Ameryki (jego wyprawie poświęcona jest piosenka „Immigrant Song” – mój motyw przewodni wyprawy) oraz port.

O wyznaczonej porze stawiamy się w Harpie. Razem z kilkuset innymi uczestnikami z całego świata wysłuchujemy przemowy Joe De Seny – założyciela Spartan Race. Następnie przechodzimy do „odprawy właściwej”, na której poruszone zostają kwestie bezpieczeństwa oraz zasady biegu. Wielokrotnie jest nam powtarzane by trzymać się znaczników, bowiem niedaleko trasy znajdują się gorące źródła, stanowiące śmiertelne zagrożenie. Jeśli chodzi o sam bieg to najważniejszymi zasadami dotyczącymi ukończenia są:

  • aby bieg został zaliczony należy zrobić minimum 30 mil (czyli 4 pełne okrążenia)
  • aby uzyskać status 24-godzinnego finishera należy ukończyć bieg w okienku czasowym pomiędzy 9:00 a 12:00 następnego dnia. Niezmieszczenie się w tym limicie, niezależnie od liczby przebiegniętych kilometrów skutkuje dyskwalifikacją.

Wiele osób, łącząc te dwa warunki, zrobi 3 kółka od razu, pójdzie spać a następnie dokończy bieg z samego rana. Nie po to jednak uzyskałem wsparcie ludzi, by spędzać czas w cieple i wygodzie. Ale o tym później.

Thorze Gromowładny broń nas

Bieg odbywa się w Hveragerði, niedaleko Rejkiaviku, a bazą i jednocześnie strefą zmian jest piłkarska dmuchana sala. Na miejsce docieramy autokarami. Jest około 10:30. Mamy czas by przygotować swoje miejsce, pokręcić się po hali i przygotować mentalnie (jeśli to jeszcze bardziej możliwe). Tuż przed biegiem – jako element ludowego folkloru – na scenę wchodzi dwóch wikingów. Oddajemy z nimi hołd nordyckim bogom – krzyczymy imiona Odyna, Thora oraz Frei. Pomoc na trasie się przyda.

wikng

 

thor-dark-world-5

„Idziemy pilnować tych biegnących.” Fot. materiały prasowe filmu „Thor. The Dark World”

Przed 12:00 wychodzimy do strefy startu. Już nie ma odwrotu…

Plik_000(5)

W miarę pewny siebie przed…

Opis trasy

W biegu udział bierze kilkaset osób, zatem aby rozciągnąć stawkę wyścig rozpoczyna się od pięciokilometrowego biegu po mieście. Na pierwszym okrążeniu wyłączone są też dwie przeszkody (twister oraz multirig), aby nie tworzyły się zatory. To słuszna decyzja – i tak będzie czas by się na nich pobawić.

Od strony technicznej trasa wygląda następująco: pojedyncze okrążenie ma 6,8 mili (niecałe 11 kilometrów). Czekają na nim 22 przeszkody, pogrupowane w 3 kategoriach (nazwy oryginalne):

Z karnymi burpees za niewykonanie (standardowe 30 do północy, ulgowe 15 po północy):

  • Monkey Bars
  • Twister
  • Tyrolean Traverse
  • Olympus
  • Spear Throw
  • Hercules Hoist

Z karną pętlą za niewykonanie

  • Bender 1
  • Vertical Cargo 1
  • Vertical Cargo 2
  • Bender 2
  • Multi-Rig
  • Rope Climb

Obowiązkowe

  • Tire Drag
  • Atlas Carry
  • Bridge
  • Sandbag Carry 2
  • Plate Drag
  • A-Frame Cargo
  • Bucket Brigade
  • 8′ Lattice Wall
  • Sandbag Carry 1
  • Farmers Carry

 

25398614_1816435101762152_5087829406098910989_n

Ciekawostką jest wprowadzenie „paszportów” dla elity, które mają na celu wyeliminowanie oszustw. Po pokonaniu przeszkody zawodnicy zgłaszali się do sędziego po stempel. Na końcu okrążenia liczba stempli jest sumowana i karne burpees robione są w strefie będącej  pod obserwacją kamery.

Pojedyncze okrążenie ma około 500 metrów przewyższeń. Tyle teorii…

Biegnij, Łukasz, biegnij…

Nie będę opisywał każdej pętli chronologicznie. Po pierwsze byłoby to zbyt nudne, po drugie – sam niewiele pamiętam, poza głównymi odczuciami. Skupię się na najtrudniejszych momentach.

Zaczynam spokojnie. Bieg przez miasto jest przyjemny – mieszkańcy się uśmiechają i są bardzo przyjaźni. Już od pierwszego okrążenia wiem, że nie będzie łatwo. Islandia pokazuje wszystko co potrafi w przeciągu kilkunastu godzin, zaczynając od porywistego wiatru, do którego niedługo potem dochodzi niemal poziomy deszcz. Wzgórze do zdobycia jest tak strome, że trzeba się czołgać. Przy pierwszych dwóch razach jest OK, ale gdy przyjdzie noc i śnieg każdy krok jest walką o życie. W nocy ratownicy w paru miejscach wbiją liny do wspinania się oraz schodzenia, sprawiając że – tak jak obiecywali organizatorzy – góra stanie się wielkim Slip Wallem. Ogromnym problemem jest też wszechobecny lód. Umiejętności padania wyniesione ze sztuk walki ratują moje kości kilkukrotnie.

Okiem kamery (nie mojej) wygląda to tak:

Kryzysogennych sytuacji jest wiele. Nieprzemakalne rzekomo i testowane wcześniej skarpety nabierają wodę zbyt szybko. Wychłodzenie z przemoczeniem zaczynają działać… Próbuję improwizować – zmieniam skarpety na inne, dodaję warstwę ochronną w postaci reklamówki – poprawa jest nieznaczna, ale muszę się przyzwyczaić. Moje paznokcie u stóp mi za to podziękują i postanowią się wyprowadzić w tygodniu…

Rękawiczki zakupione na bieg również dają ciała. Na szczęście mam drugie – zwykłe narciarskie, które chociaż przemokły trzymały ciepło. Dokonają swojego żywota na służbie…

Przerwy w strefie zmian ograniczam do minimum. Staram się aby nie zajmowały więcej niż 15-2o minut. W tym czasie nawadniam się, połykam elektrolity lub shot magnezowy oraz jem. Oczywiście pochłaniam żele energetyczne, ale tym co karmi także duszę są wafelki oraz zupki chińskie. Jeden kubeczek jest na wagę złota – rozgrzewa od środka. W tajemnicy przyznam, że po kryjomu wziąłem łyk wiśniówki.

Plik_000(6)

Po czwartym kółku była pomidorówka. Nagroda za wypełnienie minimum

Biegnie się głową…

Bardzo ważną motywacją do biegu był fakt, że do wyprawy dołożyło się wiele osób. Nie po to ktoś wyłożył pieniądze, które mógł przelać bardziej potrzebującemu czy przeznaczyć na swoje przyjemności, bym się wycofał. Nie po to otrzymałem wsparcie, bym przesiedział większość czasu w cieple celując w bezpieczne minimum, zrobił selfie i miał świadomość, że mogłem więcej. Każdy, kto dołożył chociaż parę złotych zasłużył bym wypruł z siebie flaki. Porażka nie wchodzi w grę… Nie potrafiłbym tego opisać…

Ciekawe rzeczy dzieją się w głowie. Liczba tematów, o których myślałem jest zbyt duża by to wszystko przytoczyć, jednak w tym czasie miałem parę przemyśleń na temat sensu życia (nic przełomowego i zasługującego na Nobla), cytowałem ulubione stand-upy a także obmyślałem wpis na bloga (oczywiście nic nie zapamiętałem) oraz przyszłe kampanie.

Przypomina mi się też anegdota, którą opowiadał Hugh Jackman o przygotowaniach do roli Wolverine, który zawsze na siłowni miał ze sobą w torbie pazury rosomaka. W trudniejszych chwilach zadaję sobie pytanie: „What would Logan do?”.

Przeszkody

Nie tylko trasa oraz pogoda nie rozpieszczają. Przeszkody również dają się we znaki. Z obowiązkowych szczególnie najgorszy jest „Atlas carry”, czyli krótki spacer z ogromną kamienną kulą, dwa spacery z workami oraz noszenie wiader. Reszta jest do zniesienia.

Ogromną porażką jest lina – przeszkoda, o którą byłem najbardziej spokojny, i którą robię z zamkniętymi oczami, z wody i parę razy z rzędu. Na Islandii, zamiast normalnej grubej zawieszono cienki sznurek, który wyślizguje się z rąk, a buty nie mogą zrobić na nim stopnia. Za każdym razem pokonały mnie także Olympus oraz Twister, którego chciałem spróbować od dawna (nie jest dostępny na biegach w rejonie CEU). Ale zemszczę się… Mam Was na oku.

Są też dobre momenty – małpi gaj, Hercules Hoist, oba Bendery, obie siatki Cargo oraz Tyrolean Traverse to 6/6 prób. Multirig 5/6 (raz zmarznięte ręce odmówiły posłuszeństwa). Nawet włócznią udało się dwa razy trafić.

5a370b5a7814681b4b40638a

Tak wyglądam na woreczkach podczas pierwszej pętli…

5a37198cff18552f75613787

…a tak na ostatniej

 

Ostatnia pętla

Już wiem, że nie uda się atak na 50 mil. Dwie nocne pętle zajęły zbyt długo. Do strefy zmian wpadam koło 6:00. Wiem, że pętla w tym stanie zajmie mi co najmniej 4 godziny, wolę sobie zostawić zapas czasowy gdybym musiał pełzać, ale mogę też pozwolić sobie na minimalnie dłuższy oddech. Decyduję się wyłączyć Garmina – wolę teraz kontrolować godzinę i pilnować czas do 12:00 niż pomylić się o parę minut (a wiem, że przez przypadek nieświadomie był wyłączony). Już teraz pokazuje, że mam 70 kilometrów w nogach (uwzględniając wszystkie pętle). Do końca wyścigu pyknie pewnie 80 km, chociaż zaliczonym dystansem będą 42 mile.

Świadomość na każdej przeszkodzie, że robię ją po raz ostatni pomaga. Worki są lżejsze, podejścia milsze. Pod koniec zaczyna się przejaśniać. Ostatni punkt – multirig – zaliczam jak gdyby to była pierwsza rzecz. Po blisko 23 godzinach docieram do mety. To co zrobiłem jest dla mnie abstrakcją…

 

5a3717eda3ac98c46db84714

 

Pierwsza myśl na mecie: „Co ja sobie wymyślę za cel w 2018?”

Jedynym „zgrzytem” są trudności w uzyskaniu oficjalnych wyników. Te oficjalne pojawiły się już po publikacji wpisu. Jestem mega zadowolony.

Epilog

Po biegu jestem padnięty. Wsiadam do autokaru i zasypiam w połowie mówionego słowa. Budzę się na przedmieściach Rejkiawiku. Docieram do hotelu, gdzie po długim prysznicu kładę się do łóżka. Zbyt duże zmęczenie oraz euforia, że dokonałem czegoś niesamowitego pozwala tylko na urywany sen, ale jednocześnie nie pozwalają wstać. Koło 20:00 wypełzam z pokoju by zjeść kanapkę w knajpce obok. Następnie leżę nie mogąc zasnąć. Sen przychodzi koło 23:00, jednak o 5:00 czeka mnie pobudka i kilkanaście godzin powrotu do kraju. O dziwo urywany sen wystarcza by od wtorku normalnie funkcjonować.

Podczas powrotu kuśtykam jak zombie – to głównie ból mięśniowy. Paznokcie u obu paluchów niestety chwilowo się ze mną żegnają. Modelem stóp przez jakiś czas nie będę…

Najstraszniej wygląda jednak kostka:

Plik_002

To jednak nic groźnego – po dwóch dniach Obcy, który się tam wykluwał poszedł sobie. Dodatkowych kontuzji – nie zauważyłem – jednak jestem nie do zdarcia… Oczywiście zakładam, że wszystkie bóle miną – w tym ten pod kolanem, przez który lekko kuleję.

Podziękowanie

Nie byłbym tu gdzie jestem gdyby nie osoby, które wsparły mnie dokładając do akcji na zrzutka.pl. Po raz kolejny dziękuję wszystkim razem i każdemu z osobna za dołożoną cegiełkę!

Piotr Grudziński, Martyna Półtorak, Adam Galas, Ewelina Semik, Basia Stolarska, Maciek Jaworski, Adam Bondarowicz, Beata Moczulska, Kris, Artur Łukianow, Ewa Socik, Łukasz Łącki, Oliwia Siwińska, Mariusz Kruszewski, Marek Wenta, Paweł Bełc, Lubomir Lubas, Sylwia Dębska, Joanna, Ania, Marta Kamińska, Natalia Matejczuk, Krzysztof Pyclik, Anna Skubacz, Łukasz Tutak, Marcin Turemka, Sara Romysz, Kuboszczak, Ania Ryta, moja mama oraz kilka osób, które ukryły swoje dane. Jesteście wielcy!

Dziękuję także Strefie Mocy  za komplet odżywek (szczególnie żeli oraz źródło elektrolitów) oraz Garmin Polska z Fenix 3 HR. Korzystałem z trybu Ultra Track – po 18 godzinach (wtedy przełączyłem na tryb zegarka) zostało jeszcze 30% baterii. Ogromny ukłon dla Tomka Jurkiewicza, do którego udało mi się dostać na ostatnią chwilę. Nie dość, że pozbył się wszelkich napięć, które powstały przez ostatni miesiąc intensywnej pracy to jeszcze pokleił moje nogi oraz kręgosłup, dzięki czemu pracowało mi się dobrze.

Gdyby ktoś na początku 2017 roku powiedział, że się na coś takiego porwę, pewnie zabiłbym go śmiechem. A jednak – cel, który pojawił się znienacka udało mi się wypełnić.

Życzę wszystkim aby w 2018 udało im się dojść do takiego celu jaki sobie zapragną!

 

  • O rany, podziwiam. To musi dawać niesamowitego powera! :)

  • Agnieszka Adamowska

    Wielkie gratulacje! Jestem pod wielkim wrażeniem. Ja akurat w ogóle nie biegam i takie wyniki są dla mnie abstrakcją, ale ponieważ z wysiłkiem długotrwałym i w ekstremalnych warunkach mam często do czynienie, rozumiem doskonale o czym piszesz i o euforii na mecie również! Gratuluję i pozdrawiam serdecnzie

  • Gratuluję. I podziwiam. I trochę te≥ż współczuję tej kostki – wygląda okropnie! 😉

    • Już wróciła do normy. Ale wyglądała nieciekawie :)

  • WooooW! Mega! To się nazywa wpis na bloga! Niesamowite! Mega inspirujące! Czytało się z zapartym tchem!
    Teraz jakieś Kilimandżaro albo nawet Mont Everest – trzeba mierzyć wysoko! Mocno kibicuję!