8805501230_f842788a3c_z

Moje ćwierćwiecze bez Freddiego…

Dzisiaj mija 25. rocznica śmierci Freddiego Mercurego – piosenkarza, którego charyzmą można by obdarować połowę współczesnego świata muzycznego.

Nie pamiętam mojego pierwszego kontaktu z muzyką Queen. Najwcześniejsze wspomnienie jakie mam to próby odszyfrowania z siostrą jak brzmią dalsze słowa po „We are the champions, my friend”. A ponieważ nie znaliśmy angielskiego to co braliśmy za „no time for loosers…” było prawdziwym potworkiem językowym (w każdym razie z mojej strony). Przez lata jednak byłem bardziej obok twórczości zespołu – mojego gustu z podstawówki wolę głośno nie wymawiać, zaś w liceum wolałem stricte hardockowo-metalowe klimaty, ale już wtedy sporo riffów i solówek przeszło przez moje uszy. Niezapomniane były także teledyski, które regularnie przewijały się przez kanały muzyczne, które oglądałem. Pamiętam także okładkę płyty gramofonowej wiszącej na ścianie koleżanki:

queen_greatest_hits

Prawdziwy przełom nastąpił jednak gdy wybrałem się do kina by obejrzeć słynny koncert z Wembley, który rozgrywał się gdy w Polsce trwał PRL a ja miałem 3 lata i nie potrafiłem sklecić pełnego zdania… Ten dzień odmienił moje życie. Krótkookresowo – w ciągu miesiąca stałem się uboższy o niecałego tysiaka, bo po usłyszeniu „Love of my life” zachorowałem na 12-strunową gitarę, którą kupiłem jak tylko znalazłem odpowiednio brzmiącą. Do dzisiaj brzmi pięknie, chociaż gram na niej rzadko.

Nadal kocham jej brzmienie

Nadal kocham jej brzmienie

Po drugie – zacząłem zwracać większą uwagę na cały zespół. Brian May – dla marzącego o karierze gitarzysty – był mi bliski dużo wcześniej. Z czasem też odkryłem rolę Johna Deacona – skromnego jako człowieka, którego basowe brzmienie w tle było niezastąpione. Jako, że z czasem przerzuciłem się na bas jego partie zaczęły być jeszcze bliższe (chociaż nadal jeszcze niedoścignione). Do kompletu muszę wspomnieć też Rogera Taylora, kolejnego bardzo dobrego artystę (również niedocenianego przez osoby spoza środowiska muzycznego). Jednak na pierwszym planie zawsze był ON…

… mistrz sceny. Człowiek, który chciał mieć wszystko (teraz!)… Im większe tym lepsze… Król życia i imprez, na których (podobno) karły roznosiły na srebrnych tacach kokainę. Porywał tłumy swoim głosem, kreacjami oraz osobowością.

Z oczywistych względów nie pamiętam jego śmierci. W tamtych czasach też niewiele się mówiło o „hifach” i „eidsach”. Gdyby zakaził się parę lat później  (tak jak np. Magic Johnson) zapewne żyłby i tworzyłby do dzisiaj…

Jest wiele kawałków bardzo mi bliskich i emocjonalnych. Najbardziej jednak do mnie przemawia historia „Show must go on” nagrywanego w czasach zaawansowanego AIDS, w którym Freddie ledwo się poruszał. Pomimo obaw Briana Maya, który nagrał demo i kilku bezskutecznych próbach Mercury wyszedł na chwilę, napił się wódki i zaśpiewał przejmujący utwór bezbłędnie oddający jego motto. W teledysku natomiast widzimy wycinki z wielu poprzednich…

Queen można sobie włączyć z każdej okazji. To nie tylko utwory dopracowane muzycznie, ale także świetne teksty. Przy dobrej whisky mogę włączyć sobie „Too much love will kill you”, czy wspomnianym „Show must go on” i zastanowić się nad sensem życia. Mogę motywować się przy „I want it all” i „I want to break free” lub podziwiać „Bohemian rhapsody”. Potańczę przy „Crazy little thing called love”.

Prawdziwym marzeniem jest jednak usłyszeć „We are the champions” stojąc na podium. Ta piosenka to standard, ale nigdy się nie znudzi…

Freddiego z nami nie ma, ale spektakl trwa!

Zdjęcie w nagłówku: Nico Martin (cc)