• Home
  • /
  • film
  • /
  • Doktor Strange – wizualne arcydzieło (recenzja)
file-doctor-strange

Doktor Strange – wizualne arcydzieło (recenzja)

Filmowe uniwersum Marvela zyskało kolejnego superbohatera, w jednej z lepszych produkcji ostatnich lat. Tym razem jest nim światowej klasy neurochirurg, który po wypadku samochodowym traci władzę w rękach. Gdy nauka okazuje się bezsilna, tytułowy Doktor Strange w akcie desperacji udaje się do Tybetu, gdzie odkrywa świat magii i staje się adeptem odwiecznych mistycznych nauk. Wkrótce w rękach, które niegdyś przeprowadzały operacje na mózgach, leżeć będą losy naszego świata.

Plejada gwiazd

Osoba odpowiedzialna za casting postaci odwaliła kawał dobrej roboty, bowiem trio głównych postaci świetnie się uzupełnia.  Doktor Stephen Strange  w wykonaniu Benedicta Cumberbatcha to połączenie Tony’ego Starka z Gregorym Housem: nadęty, cyniczny dupek o przerośniętym ego, którego widzowie kochają (ale otoczenie już nie bardzo). Cumberbatch jak zawsze intryguje, śmieszny i czaruje jednym z lepszych głosów w Hollywood.

Równie charyzmatyczna jest postać Przedwiecznej grana przez Tildę Swinton. To akurat nie powinno  dziwić – ta aktorka ma coś w sobie i często nawet nie musi odezwać się słowem by skraść scenę.  Jej magnetyzm  (a jednocześnie podniecająca aseksualność) bardzo dobrze pasuje roli do przewodnika duchowego i filozoficzne dysputy z pogranicza New Age w żaden sposób nie rażą.

Popularność filmu zależy także od postaci złoczyńcy, a ta w Doktorze Strange jest co najwyżej poprawna. Mads Mikkelsen, jako aktor z najwyższej półki, zrobił wszystko aby wyciągnąć ze swojej postaci maksimum – Kaecilius nie ma w sobie krztyny współczucia i widać jego uwielbienie do czynienia zła. Mikkelsen pasuje do roli  złoczyńców już samą demoniczną twarzą. Nie wiemy jednak za dużo o motywach, dla których Kaecilius zdradził zakon, ani też co naprawdę stoi za jego planem.  Znajdujemy szczątkowe wyjaśnienia, ale moim zdaniem trochę zabrakło rozszerzenia tego wątku przez reżysera…

Także pozostali bohaterowie robią co do nich należy – od krytykowanej (jak dla mnie nie do końca słusznie) Rachel McAdams, jako wybranki Strange’a po zabawnego Wonga – strażnika biblioteki i partnera do rozmów (czy raczej monologów). Duet Strange – Wong dostarczy dużo śmiechu. Ważną postacią okaże się też Mordo, którego bardzo ciężko wyczuć (także przez sposób gry). Nie sposób jednak go pominąć, gdyż z tą postacią jeszcze się spotkamy…

Uczta dla oczu

Fabuła w Doktorze Strange jest prosta, ale to absolutnie nie stanowi zarzutu. Nie widzimy żadnych skomplikowanych przemian i metamorfoz. Nawet w przypadku Strange nie mamy jakiejś wieloetapowej ewolucji. Z „nie wierzę” do „wierzę” przechodzi w ciągu kilku filmowych minut. Prostota fabuły pozwala stronie wizualnej zagrać pierwsze skrzypce. A okazują się one absolutną wirtuozerią…

Składające się miasta w nolanowskiej Incepcji to nic w porównaniu do wielowymiarowości dania, które nam serwują spece od efektów specjalnych – składające się budynki, podróże do innych wymiarów, magiczne zaklęcia – wszystko przepięknie harmonijne, symetryczne i wbijające w fotel. Dbałość o każdy detal widać niemal w każdej sekundzie filmu. Tego filmu nie można piracić by obejrzeć słabą wersję na laptopie. Wersja 3D w kinie to konieczność.

Doktor Strange to film lekki i humorystyczny, który fajnie wpisuje się w uniwersum Marvela.  Przenikanie się światów na razie zaznaczono bardzo subtelnie (chociaż scena nr 1 po napisach daje nadzieję na więcej), ale start nowej franczyzy bardzo dobrze rokuje na przyszłość…

Zdjęcie w nagłówku –  materiały prasowe