• Home
  • /
  • film
  • /
  • Lektorzy w filmach – salomonowe rozwiązanie?
11285613595_95f9114e0f_h

Lektorzy w filmach – salomonowe rozwiązanie?

Jest wiele dyskusji, które nierozwiązane toczyć będą się do końca świata… Zaliczyć do nich można chociażby: „psy kontra koty”, „wyższość świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą (i odwrotnie)”, „kawę czy herbatę”, „co było pierwsze – jajko czy kura” i wiele innych.  Kolejnym sporem, który nigdy się nie skończy jest najmniej inwazyjne tłumaczenie filmów zagranicznych…  Spotykamy trzy rozwiązania: dubbing, lektor oraz napisy, z których każde ma swoje plusy oraz minusy. Jako osoba po studiach podyplomowych z kształcenia głosu i mowy, w dodatku będąca słuchowcem mam swoje przemyślenia w temacie…

Osobiście przekładam napisy nad pozostałe dwie metody. Czytam w miarę szybko – szybkie spojrzenie na tekst daje mi pełne zrozumienie kwestii aktorów, więc nie jest to mnie rozpraszające. W przypadku języków całkowicie mi obcych jedyne co zyskuję to oryginalny głos aktorów (co i tak ma dla mnie duże znaczenie, o czym w dalszej części wpisu). Sytuacja zmienia się jednak w przypadku języka, który znam lub którego chcę się nauczyć. Po pierwsze jestem w stanie zrozumieć te zabawy słowem, które są nieprzetłumaczalne. Po drugie – w przypadku filmów z językiem angielskim spotykamy wiele odmian, akcentów i naleciałości charakterystycznych dla danych regionów USA, mniejszości narodowych, czy innych krajów (Australia, Kanada). Napisy pomagają „usłyszeć” jakie słowo padło, bo wśród wielu odmian nie wszystkie są przystępne jeśli nie obcuje się z nimi na co dzień. Inna sprawa to złożoność postaci i zrozumiałe jest to, że w filmach zaćpany człowiek nie posługuje się oksfordzkim „British English”, więc będzie mamrotać.  Swoją drogą – z tego samego powodu niektóre polskie filmy też mógłbym podpisywać, bo niektóre role mówione są bardzo niezrozumiałym językiem…

Zdaję sobie sprawę jednak, że nie wszystkim pasują napisy. Żadne z pozostałych dwóch rozwiązań jednak nie przemawia do mnie. Dubbing dla mnie odpada… Jak wspomniałem wcześniej – lubię słyszeć oryginalny głos aktora. Dzięki temu – nawet jeśli całkowicie nie znam języka słyszę barwę, ton oraz wszystko co składa się na postać. Jest we mnie wewnętrzny sprzeciw wobec nagraniom z głosem przypisanym do bohatera. Zdaję sobie sprawę, że osoby podkładające ścieżkę dźwiękową mają dyplom aktorski i są świetni w kreowaniu swoich ról, ale jeżeli zabierzemy np. głos Ala Pacino i podłożymy czyjś inny to odnoszę wrażenie, że duża część roli gdzieś się gubi… Przeszkadza mi też niezgranie dźwięku z ruchem ust. Dubbingowi poza kreskówkami i filmami dla dzieci mówię więc stanowcze nie…

Wróćmy teraz do lektora, który jest pozostałością z dawnych czasów i spotyka się go głównie w Europie Wschodniej i byłych republikach radzieckich. Co czasem prawda prowadzi to do kuriozalnych sytuacji z tłumaczeniem np. przekleństw, ale nadal znoszę go dużo lepiej niż dubbing, bo w tle słychać oryginał. Jednak za słabo, bo po latach jednak ponownie zacząłem odkrywać filmy, które oglądałem dziesiątki razy. Wiedziałem, że Van Damme czy Shwarzennegger w moich ulubionych z dzieciństwa filmach mówili drewnianym językiem, ale nie wiedziałem, że aż tak. Lektor całkowicie to zakrywał. Podobnie jak niepewność, strach, drżenie głosu czy ironię i wiele innych subtelności. Nadal mam sentyment do Commando czy Krwawego Sportu, ale jednak po latach śmieję się z gry aktorskiej.

Nie oznacza to jednak, że nie doceniam lektorów i ich warsztatu. Wielu z nich ma piękną barwę, dykcję, intonację i wszystko co wprawia mnie  w głosowe kompleksy. Zawód lektora świetnie sprawdza się w programach edukacyjnych, przyrodniczych, czy dokumentach, czyli wszędzie tam gdzie emocje wielu postaci nie wchodzą w grę… Uwielbiam też audiobooki. Nawet tam gdzie lektor czyta wszystkie role nie przeszkadza mi to, bo czytana jest cała narracja, łącznie z przypisami.

Gdyby jednak ktoś zastanawiał się jak wygląda osoba o głosie, który znamy od lat, zapraszam do obejrzenia krótkiego wywiadu z najbardziej charakterystycznymi głosami w Polsce

Oraz legendą zapowiedzi kinowych – Donem La Fontaine

Obrazek w nagłówku: reynermedia (cc)