• Home
  • /
  • Biegowo
  • /
  • Maraton bez przygotowania poniżej 4 godzin czyli – mój debiut w OWM!
Orlen_medal

Maraton bez przygotowania poniżej 4 godzin czyli – mój debiut w OWM!

Chęć ukończenia „królewskiego dystansu” pojawiła się u mnie parę miesięcy temu, celowałem jednak w terminy jesienne, bo już we wrześniu odbędzie się Spartan Ultra Beast w Vechecu. To wymagający, ponad 42 kilometrowy bieg po górach z przeszkodami. Ponieważ muszę być do niego odpowiednio przygotowany stwierdziłem, że wypada się sprawdzić przed nim, podobnie jak zrobiłem rok temu – mój występ na BMW Półmaratonie Praskim był testem przed Spartan Beast.

Kiedy dwa miesiące temu pojawiła się możliwość wystartowania na Orlen Warsaw Marathon – pierwszym moim odruchem było: „raczej nie dam rady, bo nie wiem co z kolanem”, ale ziarenko zostało zasiane niczym w nolanowskiej Incepcji i wiedziałem, że podejmę to wyzwanie.

Homeopatyczne przygotowania

W tytule dość prowokacyjnie napisałem, że do maratonu podszedłem bez przygotowań. To oczywiście częściowa prawda, bowiem chyba niewiele osób byłoby w stanie całkowicie z marszu ukończyć ten dystans nie trenując niczego. W moim przypadku odpadły treningi biegowe, bo w myśl zasady, że lepiej być niedotrenowanym niż przetrenowanym wolałem dać kolanu się zrehabilitować. W miesiącu poprzedzającym zrobiłem raptem 5 wybiegań,  odpowiednio na dystansach – 7 km, 10 km, 14 km, 20 km oraz  kontrolną końcową dyszkę na 1,5 tygodnia przed. Reszta to treningi siłowe, kalisteniczne oraz basen. Mimo wszystko, porównując to z osobami, które obserwuję oraz setkami stron w internecie nakazujących mieć nawet kilkuletni staż stricte biegowy oraz setki przebiegniętych kilometrów uważam, że moje przygotowania były niemal zerowe.

Nie ukrywam, że w ostatnich dniach dwubiegunowość nastrojów wahała się od „nie dam rady za cholerę” po „oczywiście, że mi się uda”. Głównym powodem tego drugiego było kolano – gdyby odmówiło posłuszeństwa na początkowych kilometrach, niestety musiałbym złapać autobus i pojechać do domu… Z tego względu też o moim zamiarze wiedziała tylko garstka osób.

Tuż przed

Jedyne do czego podszedłem profesjonalnie to ostatnie dni i ładowanie węglowodanami – makarony, ciastka, bułki i wszystko co słodkie wychodziło mi uszami. Z drugiej strony – o ile słodyczy staram się unikać na co dzień – mogłem bezkarnie połknąć 3 napoleonki pod rząd, bo „glikogen w mięśniach”. Do tego dużo imbiru (przeciwzapalnie i na stawy), mocna dawka suppli na stawy i absolutne zero alkoholu przez tydzień.

Śniadanie u mnie przed biegami od zawsze jest niezmienne – kajzerki z nutellą oraz miodem i banan. Skoro działa nie zamierzam go zmieniać. Dzięki pobudce o 6 rano wszystko miało się dobrze wchłonąć i tak zresztą się stało.

Przed biegiem często mam problem żeby ustalić jak mam się ubrać, a prognozy nie były zbytnio pomocne. Ostatecznie stanęło na lajkry (w których biegałem w zimie) oraz longsleeve z koszulką organizatora (zawsze biegam w koszulce dedykowanej na dany bieg, jeśli organizator zapewnia). I chociaż miałem obawy, że może być za ciepło, zwłaszcza że wielu biegaczy wyglądało jakby był środek lata, okazało się to optymalnym strojem, bo wiatr dał się we znaki (a przed biegiem byłem niemalże zmarznięty).

Poszły konie po betonie…

Bieg rozpoczął się zgodnie z planem – 8:45. Tradycyjny korek na samym początku jest standardem w biegach masowych,  potem grupa nabrała tempa i po drugim trzecim kilometrze można było już biec pod siebie. Dobrym rozwiązaniem okazało się Endomondo, które chociaż od 5 kilometra rozmijało się ze znacznikami kilometrów dość dobrze pokazywało tempo, które przez większość czasu utrzymywało się w okolicach 5:10-5:20 km. Po 10 km, który osiągnąłem z czasem 58:51 przestało liczyć się dla mnie samo ukończenie (czułem, że kolano da radę), ale złamanie 4 godzin, czyli konieczność utrzymywania stałej prędkości. Pod koniec miałem kilka odcinków na których musiałem zrobić kilka kroków chodem, ale jak mówią zawodowcy – to nie wstyd, bo zdarza się nawet tym, którzy mają świetne czasy.

Na trasie bardzo pomagali kibice, wolontariusze, liczne zespoły, których chętnie bym posłuchał w normalnych okolicznościach oraz sami biegacze. Punktów nawodnienia, izotoników, jedzenia oraz gąbek było naprawdę bardzo dużo – parę razy nawet nie chciało mi się z nich korzystać.Adrenalina sprawiła, że nie pamiętam całości, dlatego nie zamierzam opisywać trasy dokładniej. Liczby są dla mnie łaskawe:

wyniki_orlen

Chociaż dobrze mi się biega przy metalu tym razem postawiłem na muzykę filmową, dzięki czemu biegli ze mną m.in. Han Solo, Robocop, Piraci z Karaibow, Rohhirimowie, Drużyna Pierścienia i parę innych zacnych osobowości.

Sam finisz był idealny – wypadł przy „Rydwanach Ognia”, dzięki czemu na ostatnich metrach dostałem przyspieszenia i sprintem wbiegłem na metę. Ostateczny czas 03:56:47, który biorąc pod uwagę okoliczności uznaję za cudowny.

Ten start był dla mnie bardzo ważny głównie z punktu widzenia psychiki – uwierzyłem, że dam radę i naprawdę nie ma rzeczy niemożliwych.

Maraton_twarze

(Nie 50 i nie Greya, ale 7 twarzy Łukasza – chronologicznie)

  • Gratuluję ukończenia maratonu i to w takim czasie! 😀 I oczywiście witam w blogowym świecie! Dobry tekst na początek pisania „na swoim” :-)

    • Łukasz Ł.

      Dziękuję bardzo. Czuję, że to nie ostatni maraton :)

      Także dziękuję za powitanie w blogosferze – mam nadzieję, że kolejne będą Ci się równie podobać :)