• Home
  • /
  • Lifestyle
  • /
  • Marzniesz na co dzień? Wskakuj do przerębla, czyli morsowanie w praktyce
mors

Marzniesz na co dzień? Wskakuj do przerębla, czyli morsowanie w praktyce

Od dzieciństwa nienawidziłem mrozów i zimna. Okres od października do marca mógł dla mnie skurczyć się do świąt, sylwestra i urodzin (oraz ferii za czasów szkolnych). Wszystko inne było niepotrzebną męczarnią, niezależnie od liczby ubrań, które miałem na sobie. Do czasu, gdy – wbrew logice – zdecydowałem  się na morsowanie, a także lodowych kąpieli po niektórych letnich treningach. Chociaż nadal preferuję ciepło to możliwość wskoczenia do przerębla parę razy w roku jest tym na co czekam.

Zimna woda zdrowia doda

O korzyściach morsowania napisano już wiele: poprawa wydolności układu sercowo-naczyniowego, lepsze ukrwienie skóry, mobilizacja układu odpornościowego…  To tylko część zysków organizmu. Przy odpowiedniej regularności normuje się poziom cholesterolu i cukru, ustępują bóle stawów. Z zimnych kąpieli korzystają zawodowi sportowcy, by przyspieszyć regenerację, zmniejszyć uszkodzenia tkanek oraz pozbyć się zakwasów.

Nie można też pominąć aspektów psychicznych, bowiem strzał endorfin w trakcie morsowania oraz po nim jest czymś czego się  nie  da opisać.

To tylko tak strasznie wygląda…

Co roku w programach typu „Wiadomości” czy „Fakty” pojawiają urywki z morsami, którzy świętują  Nowy Rok, WOŚP itd. Kiedy miałem kilkanaście lat uważałem to za szaleństwo, zwłaszcza że miałem w pamięci traumę zimnych kąpieli w sanatorium. Rzeczywiście widok osoby w przeręblu może wzbudzić pewien dysonans. Tak naprawdę najtrudniejszym krokiem jest decyzja.

Ponieważ nie należę do weteranów morsowania i nie roszczę sobie prawa do miana super specjalisty opiszę proces z mojego punktu widzenia. Przed wejściem do wody należy porządnie rozgrzać ciało – kilkanaście minut biegania, skakania, burpees oraz pompek wystarczają. Zazwyczaj już w trakcie rozruchu chce mi się zdjąć kurtkę (co zresztą czynię). Gdy czuję, że jestem rozgrzany  rozbieram się i wchodzę do przerębla. Pierwsza sekunda to szok, ale potem jest już przyjemnie (a nawet ciepło przez chwilę – wyjątkiem u mnie są nogi). Nie staram się szarżować, więc wychodzę zanim zacznę porządnie marznąć, ale jednocześnie parę momentów dyskomfortu przetrzymuję. Po wyjściu czuję błogostan i mogę sobie jeszcze pobiegać na świeżym powietrzu i powtórzyć wejście, ale tym razem krócej. Potem następuje kluczowy moment – trzeba się sprawnie wysuszyć i założyć ciuchy, by wyziębienie nie  postępowało.

Warto uczyć się na  błędach. Przy pierwszym razie nie miałem butów neoprenowych. Morsowanie bez nich jest możliwe, ale mniej wygodne, bo na bosaka słabo się wychodzi z przerębla. Równie trudno zakłada się japonki przy zmarzniętych palcach. Buty, których koszt jest symboliczny to spore ułatwienie. Notorycznie zapominam też maty do jogi (na której lepiej się przebierać) oraz termosu (na szczęście mam  hojnych przyjaciół).

Od kiedy spróbowałem morsowania czuję się nie tylko lepiej. Zauważyłem także poprawę tolerancji na temperaturę. Nie marznę tak szybko na co dzień. Mogę wyjść na parę minut (np. wyrzucić śmieci) i nie czuję się jak syberyjski wygnaniec. Nawet odczuwam przyjemność z drobnego chłodu.

Sezon na morsowanie się rozpoczął i – chociaż wyczekuję lata – postaram się go wykorzystać.

  • Klaudia Kulczycka

    Może i ja się kiedyś przekonam chociaż dziś wydaje się to zbrodnią na moim ciele :)

    • Wręcz przeciwnie Moja Droga, wręcz przeciwnie 😉