img_9613_fb

Nie mówcie mi z czego się śmiać…

Mam straszną alergię na ludzi, którzy próbują mnie uczyć z czego wypada się śmiać, a temat ten wraca w polskich mediach i „internetach” regularnie. A to katolicy chcą blokować Abelarda Gizę za skecz o papieżu, którego przesłaniem było to, że głowa Kościoła to normalny człowiek, a to prawica z „tu-polewa” Macieja Stuhra robi oburzenie warte głównego wydania „Wiadomości” TVP… Żeby nie było, że tylko jedna strona jest pozbawiona humoru dodam, że podczas „Stuhr-gate” media typu Gazeta Wyborcza czy NaTemat nakazywały „trochę dystansu”, ale te same media potrafią być oburzone np. stand-upami Rickego Gervaisa na Złotych Globach czy Setha MacFarlana na Oscarach…

Nikt nie ma za to problemu z puszczaniem dość przaśnych kabaretów, które bazują jeszcze na książeczkach z dowcipami o Masztalskim.

Wszystko dozwolone

Nie chcę używać argumentu, że za granicą trawa ma bardziej zielony kolor, ale bardzo lubię amerykański stand-up, który w porównaniu do wymienionych przeze mnie „kontrowersji” jest jak butelka Jacka Danielsa w porównaniu do lampki wina. Po występie w typie Jima Jefferiesa czy Louisa CK na ulicę ramię w ramie maszerowałaby Fronda z Codziennikiem Feministycznym, Wyborcza z Niezależną prześcigałyby się w artykułach, a Tomasz Terlikowski z Jasiem Kapelą malowaliby wspólne transparenty. W tamtejszych monologach po kolei trafiają się żarty z feministek, Żydów, religii doprawione jeszcze sosem żartów o samobójstwach. Na Oscarach opowiedziano żart z zabójstwa Lincolna, są też skecze z wątkiem 11 września. Wszystko jest dozwolone poza byciem nieśmiesznym. Skrypty ze świetnych stand-upów  bardzo słabo się czyta – zwłaszcza pojedyncze zdania wyrwane z kontekstu.  Za to świetnie się na te spisane monologi oburza gdy nie słychać tonu głosu i przymrużenia oka.

Grillowanie kogoś

Raczkuje u nas również idea „roastu”, czyli imprezy w której zgromadzeni goście obrażają bohatera wieczoru (i siebie nawzajem), a on im odpowiada. Tutaj też jest ostro – wyciąga się nałogi, kochanki, pomówienia, słabe strony i wszystko co możliwe. O ile roasty w HBO nie podniosły nikomu ciśnienia, to te na TVN już tak. Nawet sama forma budzi sprzeciw wielu osób, łącznie z Szymonem Majewskim, który napisał:

Od zawsze obracam się w kręgach, które lubią sobie dogryzać. Teksty, za które obcy dostałby po ryju, są zarezerwowane dla najbliższych, gdyż po pierwsze nie ranią, po drugie są jakąś formą intelektualnej rywalizacji. Roast to dla mnie forma takiego kumpelskiego pojedynku, ale przeniesiona na scenę. Co ważne, nikogo nie zmusza się do bycia grillowanym i każdy wie co może zostać na jego temat mówione, więc jeśli się ma kompleksy i będzie po takiej imprezie płakać po nocach to nie należy przyjmować zaproszenia.

Warto wspomnieć tutaj sytuację Michała Figurskiego. Po tym jak co bardziej wrażliwych obruszyło to, że na roaście Wojewódzkiego często był bohaterem dowcipów, w wywiadzie nie tylko stwierdził, że nie ma nikomu nic za złe, ale sam wziął udział w następnym. To się nazywa dystans do siebie i dowód na to, że branie go w obronę było niepotrzebne.

Konwencja i miejsce – słowa klucz

Po stand upie czy roaście – jak po koncercie metalowym – wiadomo czego się spodziewać. Czym innym jest seksistowski rechot szefa wykorzystującego nadrzędność wobec pracownicy, czy lekceważące „jak można zgwałcić prostytutkę” padające z ust polityka, czy cała klasa nabijająca się z otyłego dziecka, które nie ma jak się bronić, a czym innym występ, który z założenia ma wziąć na tapet to z czego „nie powinno się śmiać”, ale i tak znaleźć sposób by to zrobić. Przy umiejętnym przekroczeniu granicy publiczność śmieje się, chociaż wie że nie do końca powinna… Trochę jak w tym (niezbyt hardcorowym jak na warunki amerykańskie) skeczu Louisa CK o złych myślach, które ma każdy z nas:

Warto zwrócić tutaj uwagę na moment, kiedy widownia wstrzymała oddech, bo pojawiło się słowo, które mogło zwiastować problemy („niewolnictwo”). Komik rozładował to stwierdzeniem, że przecież już śmialiśmy się z tego co niewłaściwe, więc czemu by nie pójść krok dalej. Kiedyś Jim Jefferies powiedział: „Zacząłem skecz od stwierdzenia, że feministki są brzydkie i bez humoru. Śmialiście się do rozpuku… Potem zastrzeliłem arabskie dziecko – terrorystę i biliście brawo. Teraz powiedziałem coś o religii i połowa z Was postanowiła się obrazić… Jakie to kurwa chrześcijańskie z Waszej strony w stosunku do feministek i Arabów”. To zdanie świetnie pokazuje hipokryzję niektórych…

Nie ma tematów zakazanych i nie powinno być. Owszem może zdarzyć się, że dowcip zahaczy o coś przykrego z życia kogoś z widowni. Cóż – należy albo to wytrzymać, bo za chwilę temat się zmieni, albo nie chodzić na stand-upy  podczas żałoby. Tertium non datur…

Jeśli zaczniemy być nadmiernie skrupulatni to na dobrą sprawę zakażemy śmiania się ze wszystkiego. Jak się uprzemy to stwierdzimy, że Związki Zawodowe Hydraulików powinny protestować przeciw kultowemu skeczowi Kabaretu Starszych Panów „Ucz się Jasiu”, bo ten „szkaluje ich zawód”, a tlenione blondynki obraża skecz „Mariolka” Paranienormalnych i tak dalej…

W 1972 r. aresztowano Georga Carlina za monolog „7 słów, których nie można używać w telewizji” (gdyby ktoś był ciekaw: shit, piss, fuck, cunt, cocksucker, motherfucker oraz tits). Nie idźmy tą drogą…

Fot w nagłówku: Adam robi zdjęcia